W świecie polityki, gdzie każdy gest i każde słowo są analizowane z lupą, Didier Reynders w oczach euroentuzjastów jawił się przez lata jako współczesny Świętoszek. Ten polityczny moralizator, który z wysokości unijnych trybun pouczał Polskę o praworządności, nagle sam stał się bohaterem ostatnich dni. Belgijska policja przeszukująca jego nieruchomości w związku z podejrzeniami o pranie brudnych pieniędzy? Cóż, to brzmi jak paradoks godny najlepszych fars Moliera.
Reynders, przez lata pełniący funkcję komisarza UE ds. sprawiedliwości, był swoistym wyrocznią dla opozycji w Polsce. Politycy Koalicji Obywatelskiej natrzaskali sobie z nim tyle zdjęć, że trudno to teraz zliczyć. Pewnie też sporo już pousuwali. Można było odnieść wrażenie, że fotografia z nim to coś więcej niż pamiątka – to niemalże polityczne błogosławieństwo. I choć zdjęcia same w sobie nie budziłyby przecież większych emocji, kontekst, jaki dziś nabierają, jest co najmniej ironiczny. Reynders – twarz europejskiej walki o „praworządność” takiej jaką oni ją rozumieją – parafrazując Tuska – znalazł się na celowniku śledczych.
Przypomnijmy, że to właśnie on, pierwszy wśród nieskazitelnych z powagą godną najwyższej wyroczni, wyliczał Polsce kamienie milowe. Te same kamienie, które rzekomo miały nas doprowadzić do unijnych pieniędzy z KPO, a które według niego wciąż pozostawały poza naszym zasięgiem. Ten sam Reynders, który krytykował aresztowanie Pablo Gonzáleza-Rubcowa bijąc na alarm o rzekomym łamaniu wolności mediów w Polsce i łamaniu praw człowieka. W tej sytuacji pytanie brzmi: skąd pochodziły pieniądze, które – jak podejrzewają belgijscy śledczy – mógł prać Reynders? Czy po wypraniu były równie „czyste”, jak jego polityczne kazania?
Historia Reyndersa to dowód na to, że, Ci najbardziej waleczni „praworządni”, którzy w świetle reflektorów prezentują nieskazitelny wizerunek, by za kulisami wikłać się w moralne bagno. Mamy tu swoistego współczesnego Tartuffe’a, który z zapałem pouczał innych, podczas gdy sam najwyraźniej zapomniał, że etyka zaczyna się od własnego podwórka.
Polska za rządów Zjednoczonej Prawicy, zgodnie z narracją Reyndersa, miała być uczniem na ławie oskarżonych, którym trzeba nieustannie wymachiwać palcem. Tymczasem to właśnie ten samozwańczy sędzia praworządności okazuje się być podejrzany o czyny, które z praworządnością mają tyle wspólnego, co molierowski Świętoszek z prawdziwą pobożnością.
Reynders wyliczał nam kamienie milowe, a teraz sam potknął się o jeden najważniejszy… uczciwość. Teraz należy spokojnie czekać jakie kamienie milowe przedstawią mu śledczy dla zmniejszenia wymiaru kary.